Moi obserwatorzy

czwartek, 29 czerwca 2017

Lazur

Miesiąc się kończy, a mnie nie udało się jeszcze zaprezentować pracy w moim ulubionym kolorze: lazurowym. Mowa oczywiście o pracy na Cykliczne Kolorki. Oto banerek:


Kiedy Danusia ogłosiła kolorek na czerwiec od razu wiedziałam, co będę chciała zrobić. Wiedziałam też, że musi to trochę potrwać, a mimo to przeliczyłam się i ta właściwa praca jest jeszcze w piecu. Na szczęście miałam też coś już gotowego do pokazania:


Może lazuru jest tu trochę mniej jak chciałam, ale chyba wystarczy?
Jednak zanim opiszę tę pracę dokładniej, muszę się Wam przyznać czym się bawię od kilku miesięcy. Otóż w sąsiedniej wsi od kilku lat działa Galeria Sztuki. Bardzo klimatyczne miejsce. Tu możecie przeczytać więcej na jej temat. To bardzo niedaleko od Krakowa, więc jeśli ktoś z Was ma chęć, to polecam tam zajrzeć. Oprócz zwykłych ekspozycji obrazów i rzeźb, bardzo dużo się tam dzieje. Przy Galerii działa przedszkole artystyczne, Poza tym organizowane są tam kameralne koncerty, wieczory poezji i przede wszystkim warsztaty artystyczne dla dzieci i dorosłych. Wszystkie moje córki kiedyś chodziły tam na jakieś zajęcia, w końcu przyszła kolej i na mnie. To spełnienie moich marzeń, bo aktualnie uczymy się tam ceramiki. Intensywnie lepimy i szkliwimy, a potem z niecierpliwością czekamy na to, co wyjdzie z pieca. A zaskoczenia są na każdym kroku. I te pozytywne i te negatywne. Na szczęście tych pozytywnych więcej 😁.
Początkowo wszyscy robili tylko miski, miseczki, talerzyki i takie tam, ale ja stwierdziłam, że muszę znaleźć sposób jak to wykorzystać do biżuterii.  Mam już sporą kolekcję rzeczy do pokazania, miej lub bardziej udanych, ale dziś będzie tylko lazurowy komplecik.
To duża zawieszka,


z której zrobiłam naszyjnik...


...i dwie pary mniejszych, z nich powstały kolczyki.


Strukturalny wzór powstał w wyniku "wprasowania" serwetki w mokrą glinę. Na tych zdjęciach trochę lepiej to widać:




A szkliwienie to jedna wielka loteria. Z tego efektu przetarcia jestem akurat bardzo zadowolona, choć nie wiem, czy potrafiłabym go powtórzyć.
Właściwie do naszyjnika kompletem są te kolczyki:


...ale te mają więcej lazurowego:


więc pokazuję obie pary.

Taka ceramika to kapitalna sprawa. Wciąga jak nie wiem. A najgorsze i jednocześnie najciekawsze jest to, że jak się coś robi, to trudno przewidzieć efekt końcowy. Najpierw formuje się kształt z gliny. Po solidnym wysuszeniu wypala się to w piecu, gdzie czasem coś pęknie lub odpadnie, albo się powygina. Jednak kiedy się zrobi to starannie, to efekt jest raczej przewidywalny. Zupełnie inaczej sprawa się ma ze szkliwieniem. Tutaj to już kompletnie nie wiadomo co wyjdzie. Po pierwsze "surowe" szkliwa mają zupełnie inne kolory jak po wypaleniu, maluje się więc trochę "na ślepo". A po drugie szkliwa w piecu ożywają: tu się coś zleje, tam wymiesza, w dodatku potrafią reagować ze szkliwami z przedmiotów obok i... No po prostu nigdy nie wiadomo, co z tego wyjdzie. Najtrudniejsze w tym wszystkim jest czekanie. Warsztaty odbywają się raz w tygodniu. Więc najwcześniej po dwóch tygodniach można zobaczyć efekty swojej pracy. Jednak glina przed wypałem musi naprawdę dobrze wyschnąć, a piec idzie w ruch dopiero wtedy gdy jest pełny wsad. Oczywiście osobno sama glina, osobno ze szkliwem. Tak więc czasem czas oczekiwania przedłuża się do trzech, a nawet czterech tygodni. I właśnie na taki poślizg załapały się moje właściwe "lazury". Jeśli wypał ze szkliwem się powiedzie to niebawem i je pokażę. A na razie jeszcze jedno zdjęcie rodzinne lazurów "zastępczych":


Jeszcze wypadałoby napisać coś o moim stosunku do koloru lazurowego. Jest to zdecydowanie mój najulubieńszy z ulubionych. Lubię wszystkie odcienie niebieskiego, ale te turkusowe i lazurowe są zdecydowanie na pierwszym miejscu. Aby się o tym przekonać wystarczy zajrzeć do mojej szafy, albo do kasetki z biżuterią 😀.

A, i jeszcze jedno. Te warsztaty to taka moja odskocznia od rzeczywistości. Choćby się waliło i paliło to nie odpuszczam. Od kiedy zaczęłam na nie chodzić (w marcu) opuściłam tylko jedne. Czyli to już czwarty miesiąc. Właściwie w każdym z tych miesięcy powinnam moje ceramiczne warsztaty zgłaszać do zabawy u Eli, ale jakoś ciągle nie mogłam się zdobyć na porobienie zdjęć. Niniejszym więc oświadczam, że tak się dopieściłam w czerwcu, i w maju, i w kwietniu, i w marcu 😜. A może w lipcu uda mi się przygotować jakąś obszerniejszą fotorelację.




środa, 28 czerwca 2017

Tunezyjskie sploty

Z szydełkiem tunezyjskim znamy się naprawdę od bardzo dawna. Okryłam tę technikę będąc jeszcze przedszkolakiem i zakochałam się od pierwszego wejrzenia. A było to tak: Szydełkować nauczyła mnie Babcia, gdy miałam jakieś 5 lat. A ja tak strasznie chciałam nauczyć się dziergać na drutach, bo to w przeciwieństwie do szydełka wydawało mi się bardzo "dorosłą" techniką. Jednak coś mi w tym przeszkadzało. Jakieś dwa lub trzy lata zajęło mi rozgryzienie tego, co to jest. A winne były ... druty. Po prostu mam nietolerancję długich drutów. No, nie potrafię i już! Dopiero, kiedy mama zdobyła skądś pierwsze druty na żyłce okazało się, że to takie łatwe. Do dziś potrafię dziergać tylko na krótkich, wszystko zawsze robię na drutach z żyłką, ewentualnie pończoszniczych 😉. Ale zanim to rozgryzłam, to odkryłam szydełko tunezyjskie. Był to taki jakby "etap przejściowy" między tradycyjnym szydełkiem, a drutami. Dziergałam zwykłym szydełkiem, ale, że były to małe formy, to nic więcej mi nie było trzeba. Wszystkie moje misie i lalki miały sweterki wykonane tą techniką. Znałam tylko jeden ścieg - prosty, dopiero niedawno dowiedziałam się, że istnieją też inne.
Za co kocham szydełko tunezyjskie? Robótka wykonana tą techniką jest jednocześnie gęsta (jak szydełkowa) i miękka (jak na drutach). Uwielbiam tę konsystencję. W dodatku przy przerabianiu ściegiem prostym powstaje faktura przypominająca kanwę. Są wyraźne dziurki w kwadratowym układzie, po których świetnie haftuje się krzyżykami. Dlatego, kiedy przeczytałam o inicjatywie wspólnej nauki, nie wahałam się ani przez chwilę.


Pierwsza lekcja polega na zrobieniu zwykłego prostokąta. Myślałam o poćwiczeniu innych splotów, ale kiedy zaczęłam szperać po necie, to w oczy rzucały mi się przede wszystkim żakardy. Nawet zrobiłam kilka próbek, ale w końcu się opamiętałam i postanowiłam jednak nie wychodzić przed szereg. Poprzestałam więc na ściegu prostym. Zrobiłam kwadrat, a właściwie kilkadziesiąt kwadratów. To była rzecz, która chodziła za mną już od dawna, czyli tunezyjski entrelac.


Wybrałam wersję prostszą, składającą się tylko z kwadratów, żeby pozostać w zgodzie z tematem lekcji. To naprawdę bardzo łatwa technika, a pomógł mi ten filmik.
A tak to wygląda z bardzo bliska;


Powstała jedna strona ubranka na poduszkę. Drugą stronę zostawiłam sobie na kolejną lekcję. Ciekawe co też dziewczyny wymyślą?
Dziś tylko tyle zdjęć, ale obiekt okazał się wyjątkowo niefotogeniczny. Nie był blokowany i nie będzie, bo na poduszce powinien się ładnie opiąć, ale próba rozłożenia go na płasko, w dodatku na gładkiej powierzchni okazała się iście syzyfową robotą.
Ta poduszka to też swego rodzaju próbka. Przymierzam się bowiem do kocyka i chciałam zobaczyć, czy się nada. Mam w szafie kilka kilogramów akrylowych włóczek w pięknych kolorach - to zapasy z bardzo dawnych czasów. Włóczka jest bardzo miła w dotyku, ale to jednak akryl. Choć w sumie to kilka sweterków już też z niej powstało. Jednak na kocyk będzie idealna. Już wiem, że na pewno go zrobię.

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Onyksy "na ostro"

Wiecie co jest dla mnie najtrudniejsze przy robieniu biżuterii? Nadawanie nazw moim pracom. Na szczęście w większości przypadków obywa się bez tego. Jednak dziś pokażę naszyjnik, któremu musiałam nadać jakieś imię.
Jakiś czas temu Royal-Stone ogłosił na swoim fanpagu konkurs, w którym udało mi się zgarnąć jedną z dwóch nagród. Trzeba było napisać jaki ma się pomysł na jeden z zaprezentowanych onyksowych zestawów. Tu na blogu jeszcze się nim nie chwaliłam, więc oto on, mój zestaw "na ostro":


Takie piękne onyksowe romby stały się moją własnością dzięki temu komentarzowi:
Oba zestawy kuszą, ale serce moje skradły romby, więc mój wybór to "na ostro". Te onyksy proszą się o oprawę chainmaille, ale obawiam się, że mogą być trochę za duże, mam więc i plan B. Od jakiegoś czasu chodzi za mną wire-wrapping w wydaniu wielokolorowym (cieniowanym); z takim onyksem w środku wyglądałoby to idealnie :) Jakiś komplecik, albo i dwa...
Onyksy rzeczywiście okazały się sporych rozmiarów, jednak mimo to udało mi się dwa z nich "ubrać" w chainmaille, a jednego we wspomniany cieniowany w-w.
Może zacznę od tego trzeciego. To był totalny eksperyment. Popełniłam przy nim sporo błędów, ale mimo to postanowiłam zaprezentować go światu.


Bazy zrobiłam z aluminiowego drutu (ze stopu Bright Aluminium), głównie dlatego, że zależało mi na jego srebrnym kolorze. Nie był to najmądrzejszy wybór, bo stop ten jest bardzo sprężysty i twardy. Ciężko było utrzymać jednakowy dystans między drutami bazowymi, co było sprawą dość kluczową.
Do owijania użyłam drucików miedzianych powlekanych elektroforezą w kolorach czarnym, brązowym i złotym.


Po lewej stronie kamienia zrobiłam oplot trzykolorowy - cieniowany. Największą trudnością okazało się zachowanie odpowiedniego dystansu pomiędzy drutami bazowymi, bo musiały się tam zmieścić dwa druciki, a nie jeden jak zazwyczaj. W sumie najlepszy efekt dało oplatanie od razu jednocześnie wszystkimi trzema kolorami, mimo, że wtedy miały one tendencję do plątania się ze sobą. Po drugiej stronie oplot jest już tylko dwukolorowy.


Efekt końcowy jest trochę popsuty przez czarny drucik, który ma tendencję do "gubienia" kolorowej powłoki, na szczęście inne kolory są wyraźnie trwalsze.
Jak wspomniałam był to eksperyment, całkiem pierwszy, ale na pewno jeszcze do niego wrócę.

Drugiego onyksa oprawiłam w ogniwka ze stali chirurgicznej. Oprawka jest podobna do oprawy kaboszonu w Euro 4in1 + 6in1, ale zamiast poprowadzić splot dookoła zrobiłam dwie połówki w odbiciu lustrzanym i połączyłam je ze sobą w ostrych narożnikach rombu. Brzmi to może dość skomplikowanie, ale wygląda tak:


Nie wygląda chyba źle, ale mam mieszane uczucia co do tego wisiorka. Może jeszcze kiedyś spróbuję czegoś podobnego, ale nie na pewno.


No i wreszcie trzeci onyks. To ten naszyjnik, któremu musiałam nadać imię. A wszystko dlatego, że dostałam propozycję napisania tutorialu do niego. Właściwie cały naszyjnik powstał właśnie pod tym kątem.
Zależało mi na tym, żeby był on chainmaillowy, ale na tyle łatwy do wykonania, żeby każdy sobie z nim poradził. Po gigantycznej burzy mózgu (z piorunami) wymyśliłam w końcu takie coś:


Kanwą naszyjnika jest kolczuga wykonana splotem europejskim z ogniwek ze stali chirurgicznej. Kolczuga jest na tyle delikatna i lekka, że z powodzeniem mogłaby być elfią robotą. Dlatego nadałam jej imię "Mithril".


Jeśli chcecie spróbować swoich sił w tej technice, ale uważacie, że to dla Was za trudne, to zajrzyjcie na bloga Royal-Stone. Opisuję tam krok po kroku, jak taką kolczugę wykonać. Na pewno sobie poradzicie 😁 .

Na koniec jeszcze dla porównania wszystkie trzy oprawione onyksy razem na zdjęciu rodzinnym.


Miesiąc się kończy, więc niebawem znów się odezwę, bo przecież trzeba się w końcu wywiązać z czerwcowych zabaw blogowych.


poniedziałek, 19 czerwca 2017

Posadziłam drzewo ;)

No może niezupełnie posadziłam, raczej wykręciłam. Z drutu. I to już ponad miesiąc temu, tylko jakoś nie mogłam się zebrać, żeby zdjęcia obrobić i napisać o tym.
Kto mnie podgląda na Pintereście, to pewnie wie, że od jakiegoś czasu chodzą za mną wrappkowane drzewka. Kiedy więc zaistniała potrzeba wykombinowania prezentu urodzinowego dla koleżanki - nie wahałam się ani przez chwilę. Oto moje pierwsze drzewko:


Wisiorek ma kształt serduszka, a wewnątrz rozgościł się bosai.


To naszyjnik, a raczej wisiorek na łańcuszku.


Technika oczywiście wire-wrapping.


Adresatka jest osobą filigranową i biżuteria, którą nosi jest równie subtelna. Dlatego stanęłam przed nie lada wyzwaniem: naszyjnik ma być jak najmniejszy i najdelikatniejszy.


Oczywiście zapomniałam go pomierzyć, ale w ujęciu na dłoni widać, jak bardzo się starałam.


Po przeprowadzeniu dyskretnego wywiadu dowiedziałam się, że najbardziej pożądanym kolorem byłby pastelowy róż.


Wykonałam go ze srebra. Kamień w korzeniach to bryłka kwarcu wiśniowego, a księżyc to pastylka masy perłowej w kolorze bardzo jasno różowym, choć na zdjęciach ten kolor całkiem mi zniknął.


Kwarc jest lekko transparentny, dlatego na różnych tłach ukazuje się w innym odcieniu. Więc dla odmiany zdjęcie bez tła.


Kolejnym wyzwaniem było opakowanie. Nie chciałam tu żadnego kupnego, nie daj Boże plastikowego, więc musiałam zrobić sama. Wybrałam do tego celu ozdobny karton w kolorze pudrowego różu i wzór pudełka zawiązujący do formy naszyjnika, czyli z serduszkiem. Tak wyglądało w środku:


A tak po zamknięciu


Jak już wspomniałam to moje pierwsze drzewko, ale na pewno nie ostatnie. Niech no się tylko wyrwę z tej czarnej dziury czasoprzestrzennej.


Na dziś to tyle. Mam jeszcze mnóstwo rzeczy do pokazania, ale ciągle brak czasu...

wtorek, 13 czerwca 2017

Ostatnie zadanie

Co prawda ogłosiłam koniec lekcji chainmaille, ale przecież żabka jeszcze czeka. Nie mogłam pozwolić, żeby na mojej służbie całkiem zdechła z głodu. W związku z tym zrobiłam jednak mojego Orbitala. Zorbitowałam splot bizantyjski:


Pamiętacie może, że kiedyś skusiłam się na kilka opakowań aluminiowych kolorowych ogniwek i okazały się one tak miękkie, że nie do użycia w chainmaille. No ale przecież ich nie wyrzucę. Spróbowałam je więc jednak wykorzystać.


Jako ogniwka "orbitujące" nie pracują, nie są narażone na praktycznie żadne obciążenia, więc może dadzą radę?


Oprócz tego, że są miękkie, są też dość niestarannie wycięte, co niestety widać na zbliżeniu.


Bransoletka jest prawie w całości wykonana z aluminium (tylko karabińczyk jest posrebrzany), więc oczywiście waży tyle co nic: niecałe 7 gramów. Jej obwód wewnętrzny to 17,5 cm + 2,5 cm łańcuszka regulacyjnego.


Elementy bizantyjskie zrobiłam z ogniwek WD = 1 mm, ID = 3,68 mm, połączyłam mniejszymi: WD = 0,8 mm, ID = 2,8 mm, a te czerwone "orbitujące" to WD = 1 mm, ID = 5,25 mm.


Właściwie, to do tego splotu lepiej nadałyby się odrobinę mniejsze ogniwka, tak, żeby nie zachodziły na elementy bizantyjskie, ale chcę się tych pozbyć, więc może będzie jeszcze powtórka w innych kolorach.


A na razie wstawiam banerek:


I lecę nakarmić biedną zagłodzoną żabkę 😕

wtorek, 6 czerwca 2017

Co Ci się śniło dziś w nocy?

Pewnie nie pamiętasz. Zazwyczaj nie pamiętamy co nam się śniło, a chcielibyśmy. Dlatego kiedyś dobrzy ludzie wymyślili łapacz snów, który nie dość, że miał pomóc w zapamiętaniu snów, to jeszcze nie przepuszczał żadnych koszmarów, tylko te dobre sny.

Kliknięcie w powyższe zdjęcie przeniesie Was wprost do mojej kartki w kalendarzu.

Miałam duży kłopot z ostatnią inspiracją kalendarzową. Bo niby skojarzeń z USA było sporo, ale wszystkie jakieś takie jakby nie moje. Wiadomo: Statua Wolności, Mount Rushmore, Golden Gate, Empire State Building, Hollywood. Wszystkie one wydawały mi się zbyt oklepane i jakieś takie mało osobiste. W ogóle okazało się, że nie mam zbyt wielu pozytywnie inspirujących skojarzeń z współczesnymi USA. W którą stronę bym nie skierowała swoich myśli, to zawsze lądowałam na Dzikim Zachodzie. A to przecież czasy sprzed powstania Stanów Zjednoczonych. Na szczęście udało mi się znaleźć most pomiędzy tamtymi czasami, a współczesnością.


Łapacz snów to tradycyjny amulet niektórych plemion Indian z Ameryki Północnej, współcześnie często wykorzystywany głównie w USA jako amulet odpędzający złe sny i wieszany w pokojach dziecięcych. Ja zrobiłam z niego naszyjnik.


Mój łapacz zawiera też element bardziej współczesny - to pacyfka, którą umieściłam w centrum. Ruch hippisowski, który symbol ten rozpowszechnił, powstał w USA w latach 60 ubiegłego stulecia, jednak do Polski dotarł on  z pewnym opóźnieniem i w mocno okrojonej formie. Przypadło to na czasy, w których dorastałam i niewątpliwie wywarło pewien wpływ na moje pokolenie, głównie w kwestii mody.
Już jako nastolatka robiłam sobie sama biżuterię i było to właśnie coś w rodzaju skrzyżowania motywów indiańskich z hippisowskimi. Królowała makrama, rzemyki, lniane sznurki i drewniane koraliki. Dokładnie taki jest ten łapacz snów.
Nadal lubię tego typu ozdoby, choć może niektórzy powiedzą, że w moim wieku to już nie wypada, to ja i tak zamierzam go nosić. Ale póki co podprowadziła mi go córka, dzięki czemu mogę pokazać jak wygląda na żywym ludziu (zgody na publikację twarzy niestety nie dostałam).


Dziś wyjątkowo nie mam fotorelacji z procesu produkcji, ale nie bardzo mam co pokazać, bo po pierwsze robiłam na ostatnią chwilę i bardzo się spieszyłam, a poza tym nie ma tu co pokazywać. Praca jest prosta jak konstrukcja cepa. Najpierw uformowałam obręcz z mosiężnego drutu, potem oplotłam ją makramowymi węzłami, w środku zrobiłam klasyczną "łapaczową" pajęczynkę, a na zewnątrz przyczepiłam piórka. Nośnik to makramowy splot spiralny. Całość zrobiłam z naturalnego lnianego sznurka, w który gdzieniegdzie wplotłam kolorowe drewniane koraliki. Piórka są bażancie. I tyle.


Łapacz jest spory. Średnica kółka to 8 cm, a długość razem z piórkami to 18 cm. Nośnik nie posiada zapięcia tylko shambalową regulację, więc jego długość można sobie dostosować do aktualnych potrzeb.

Zachęcam Was do obejrzenia całego konkursowego albumu. Jak zwykle jest co podziwiać. A  jeśli macie ochotę wesprzeć mnie swoim głosem to możecie zrobić to tutaj.

czwartek, 1 czerwca 2017

Podsumowanie spiralek i... koniec lekcji

Dzisiaj w zasadzie powinnam ogłosić nowy temat lekcji, ale tego nie zrobię. Najwyraźniej formuła się wyczerpała, bo pomimo podwójnie wydłużonego czasu na lekcji 16 frekwencja wyniosła 2 osoby. Tylko Bibi Blue i mnie udało się stworzyć coś spiralkowego. Co prawda prac było co nieco, dzięki czemu było z czego zrobić kolaż...


... ale jednak nie o to chodziło w tej naszej zabawie.
Z kolejną lekcją jest jeszcze gorzej, bo na półmetku nie ma jeszcze żadnego zgłoszenia.

Wracając do spiral - to bardzo wdzięczny temat i żałuję, że pojawił się tak późno, bo może jakiś czas temu pokazałoby się więcej prac. Jak widzicie na kolażu, Laurą zawładnął bez reszty splot Double Spiral, pokazała go nawet w wersji stopniowanej. Mnie chyba najbardziej podszedł Inverted (koniecznie w wersji dwukolorowej). I to właściwie wszystko.

Wszyscy zdaje się jesteśmy w niedoczasie, dlatego postanowiłam, że kolejnych lekcji nie będzie. Nie znaczy to jednak, że żegnamy się z chainmaille. Widzę, że mimo wszystko co jakiś czas robicie coś w tej technice, tylko na naukę nowych splotów już brak czasu, a może chęci? Dlatego zachęcam Was, abyście nadal pokazywali swoje prace w naszej Społeczności, a może wolicie, żebym założyła grupę chainmaillową na Facebooku? Nie ma sprawy, mogę to zrobić.

Na razie żabka będzie urzędować jak zwykle do 15-tego, ale kolejnej już nie wstawię. Jeśli zrobicie coś po tym terminie to oczywiście pokażcie i jeśli tylko będzie z czego robić podsumowanie to te prace w nim uwzględnię. Jednak jak napisałam wcześniej: koniec lekcji nie oznacza końca nauki. Na wakacje przewiduję małą niespodziankę, ale ogłoszę ją dopiero 1 lipca. Może wtedy wszyscy będziemy mieć troszkę więcej czasu.

A póki co robimy sobie małą przerwę.
No to do miłego...